www.pogononline.pl www.pogononline.pl
top_3
top_2
 
Gryf
Wywiady
Mariusz Kuras: Trenerem Pogoni Szczecin już raczej nie będę
Rozmowa z Mariuszem Kurasem, byłym trenerem Pogoni.
Podejmując przed rokiem pracę w szczecińskim klubie, mówił pan, że to jest powrót sentymentalny i chciałby pan popracować tu przez kilka lat. Miał być szybki awans do II ligi, później do I. Co jesienią nie zagrało, że doszło do zwolnienia Mariusza Kurasa? Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie powie, że Piotr Mandrysz jest trenerskim geniuszem, a pan nic nie potrafi.
 - Chciałem wrócić do Szczecina, bo nie można tego miasta porównać z Bełchatowem. Od początku szczerze mówiłem, że chcę podjąć w Pogoni długoterminową pracę, takie były też ustalenia z prezesami klubu. Powróciłem do swojego miasta, tym samym przewracając swoje życie do góry nogami, chociażby poprzez sprzedaż domu w Bełchatowie. Nawet gdybym przestał pełnić rolę trenera, to miałem podjąć się innego zadania w klubie. Na pewno nie kopałbym dołków pod trenerem, który by mnie ewentualnie zmienił, bo taki nie jestem. A co się stało, że ta przygoda po ośmiu miesiącach dobiegła końca? Przede wszystkim nie poszły w parze wyniki z grą. Może styl nie był najlepszy, ale w każdym meczu mieliśmy sporo okazji bramkowych. Gdybyśmy je wykorzystali - pewnie nie dałbym powodów do zwolnienia i nadal byłbym trenerem. Dziś nim nie jestem, ale zaznaczam, że nie mam pretensji do Pogoni. To klub, któremu bardzo wiele zawdzięczam. Czuję jednak żal do ludzi, którzy teraz rządzą w klubie.
Nieoczekiwanie pan zastąpił Marcina Kaczmarka, który przecież zajmował 1. miejsce z Pogonią w IV lidze. Wtedy nie dokonał pan dużych zmian w kadrze, a jedynie kosmetyczne.
 - Wtedy kadra była bardzo szeroka, a przecież tuż przed moim przyjściem klub rozstał się z paroma zawodnikami, którzy nie grali. Mając tak liczny i dobry skład na IV ligę, nie trzeba było dużych zmian. Doszli Andrzej Tychowski, Maciej Ropiejko, tuż przed wiosną Damian Wójcik, bo Tomek Judkowiak i Jakub Łapczyński nic w sparingach nie łapali. Damian może i nie miał warunków fizycznych, ale podejściem do treningów, charakterem, umiejętnościami był po prostu lepszy. Dzięki temu grał, a nie dlatego, że był młodzieżowcem. Być może już wtedy trzeba było drużynę gruntownie przemeblować, by przygotować ją na występy w II lidze. W styczniu tego uniknęliśmy, latem musieliśmy wrócić do tego problemu. Zabrakło nam wtedy czasu, bo trwał romans z panem Drzymałą i nikt z nas nie wiedział, czy pozostaniemy w klubie. Raptem temat upadł, pozostała II liga i tylko trzy tygodnie na przygotowania. A na początek sezonu mieliśmy trzy wyjazdowe mecze. Urlopy zostały skrócone o jeden dzień, a ja już wtedy otrzymałem pierwszy sygnał, że współpraca z prezesami będzie dziwna. Przez przypadek dowiedziałem się, że paru piłkarzy miało zostać wysłanych na obóz do Grodziska. Dla mnie było pomysłem absurdalnym, że miało się to odbyć bez konsultacji z trenerem. Na transfery też brakowało nam czasu, ale uważam, że dokonaliśmy dobrych wyborów. Zmiany były na naszą kieszeń i nie obciążały budżetu klubu. Z perspektywy czasu trochę jednak żałuję, że większe zmiany nie nastąpiły zimą, bo szybciej doczekalibyśmy się nowej jakości, szybciej by Pogoń zaskoczyła na boisku. Chciałbym jeszcze jedną rzecz zaznaczyć. Odchodząc z Pogoni, usłyszałem, że zespół był źle przygotowany kondycyjnie. Kompletnie się z tym nie zgadzam, bo finisz jesieni należał do naszej drużyny, czyli że piłkarze mieli siły. To inne zespoły w końcówce "pływały". Takie głosy pojawiły się po porażce z Nielbą, ale kolejne wygrane uciszyły takie złośliwe opinie. Żegnając się z zespołem powiedziałem piłkarzom, że wierzę, iż w końcu "zaskoczą". Tak się stało, a ja obserwowałem mecze z trybun, ale nie z sektora VIP.
Incognito...
 - To nie była jakaś niechęć do zasiadania w sektorze VIP. Mam w Szczecinie grupę znajomych, z którymi oglądam mecze z łuku. Razem z trenerem Ksolem i kibicami cieszyłem się ze zwycięstw. Nie było tak, że wbijałem igły w lalkę i czekałem na gorsze czasy. Pogoń to Pogoń.
Jakie błędy pan popełnił? Transfery? Dziś widać, że klub pozbywa się pańskich wzmocnień, a dyrektor sportowy Robert Dymkowski szybko odciął się od letnich wzmocnień.
 - Doszło w ostatnim okresie do wielu przeinaczeń, choćby ta informacja, że nie chciałem przyjść na pożegnalną konferencję. To nieprawda, po prostu mnie tam nie zaproszono. Co do ujemnej oceny transferów, też mam swoje zdanie. Jak dokonujemy ich dziewięciu, to z góry można przyjąć, że dwóch nie odnajdzie się w nowym środowisku. Po okresie przygotowawczym wszyscy - ja, kibice, dziennikarze - pewnie podpisywali się pod Mateuszem Świniarkiem. Grał aktywnie, "zamroził" z Ferdżim Chifonem prawą stronę. W lidze jednak sobie nie poradził, chyba przez słabszą psychikę. Po jednym nieudanym meczu stracił pewność siebie i nie wrócił do równowagi. Dla odmiany - Marcin Woźniak przed sezonem nie zachwycał, a w lidze był najlepszym z nowych. Mariusz Szyszka - można gdybać. Stracił miejsce w składzie po "czerwieni" w Wągrowcu, a do tego czasu grał jako młodzieżowiec sporo i nie zawodził. Piotrek Kołc mnie nie zawiódł, może nie był widoczny, ale dobrze wykonywał swoje zadania. Paweł Posmyk miał sytuacje, ale nie trafiał. Podobnie było po moim zwolnieniu. Nie potrafił się odblokować. Marcin Jankowski - podpisuję się pod tym transferem, ale mówiłem działaczom, że ten zawodnik mnie latem nie przekonał w stu procentach. Niby jego atutem była skuteczność w IV lidze. Prezesi chcieli go zatrudnić i przeforsowali temat. Marcin nie był w stanie wygryźć ze składu Macieja Ropiejki i Marka Kowala. Kowal to też mój tzw. transfer, bo nikt go w klubie nie chciał, ale udało mi się namówić prezesów i Marka, by przedłużyć współpracę. Do tego stopnia wierzyłem w niego, że namówiłem, by podpisał umowę na starych warunkach, ale z klauzulą, że jak strzeli 10 goli, to będzie miał podwyżkę. Cieszę się, że osiągnął ten pułap. Bez Marka Pogoń nie miałaby tylu punktów, ale z drugiej strony przez swoją niefrasobliwość wypadł mi ze składu na trzy ważne mecze, bo przywiązał psa do ręki jadąc na rowerze, upadł na ziemię i rozbił kolano. Chciałbym też odnieść się do odcięcia się Roberta Dymkowskiego od transferów. Może teraz tak mówić, ale tak naprawdę, gdybym ja tych transferów nie przeprowadził, to kto by to zrobił?
Sprowadzał pan zawodników z głębi kraju, a dla piłkarzy z regionu jakby zamknął pan drzwi. Można było zatrudnić piłkarzy Stali Szczecin, którzy świetnie spisywali się wiosną, można było przejąć kogoś z Floty, sprawdzić najlepszego snajpera zachodniopomorskiej IV ligi z Dębna. W dodatku w ostatnim dniu okresu transferowego wystawia pan trzech młodych graczy na listę transferową.
 - Byłem na paru meczach Stali i zaprosiłem najlepszych na testy. Nie zachwycili i jesienią na pewno by nie grali. W swojej drużynie grali lepiej, w Pogoni nie potrafili się odnaleźć. Podziękowałem im za sprawdziany i powiedziałem, że będę obserwował ich rozwój. Napastnik Dębu też był na oku, ale chciałem podnieść wzrost drużyny i nie był nam potrzebny kolejny dość niski zawodnik. Zresztą życie pokazało, że nie nastąpiła pomyłka. On został w Dębnie i nie spisuje się już tak dobrze. Z Flotą, a w zasadzie z Krzysztofem Hrymowiczem, Przemysławem Pietruszką, Łukaszem Polakiem, rezerwowym bramkarzem Kamilem Gołębiewskim, a później nawet z Sergiuszem Prusakiem, rozmawiałem. Nigdy nie powiedzieli nie, ale gdy mieliśmy zamiar przejść do konkretów, to ówcześni działacze Michał Leonowicz i Andrzej Kaliszan stawiali jakieś dziwne sumy. Na tym temat upadał. Nie mogliśmy stamtąd nikogo wyrwać. Może najbliżej było z zatrudnieniem Pietruszki, ale on byłby najlepiej zarabiającym graczem Pogoni, a pewnego progu zarobków nie chcieliśmy przekraczać w klubie. Natomiast co do tej trójki na liście transferowej, była to decyzja Roberta Dymkowskiego. Dowiedziałem się o tym przez telefon i miałem to przekazać Marcinowi Dymkowi. Przekazałem, ale zaznaczyłem, że to nie jest moja decyzja, bo ja w przypadku kontuzji Pawła Skrzypka lub Andrzeja Tychowskiego nie miałbym zmiennika. Okazało się później, że miałem rację, bo Marcin sporo grał u Piotra Mandrysza. Jedynie Wojtkowi Żaczkowi sugerowałem, by szukał sobie klubu, gdzie by regularnie grał. Czytałem niedawno wywiad Dymka, gdzie powiedział, że u Mandrysza grali najlepsi na treningach. Zabrzmiało to dziwnie, a sam zawodnik powinien uderzyć się w pierś i zrobić rachunek sumienia. Dla mnie jest słabszy od Tychowskiego i Skrzypka, ale to nie znaczy, że go nie chciałem. Był mi potrzebny, w IV lidze grał u mnie, ale już baraże o awans pokazały, że wyższy poziom może być dla niego problemem.
Ale Tychowski na boisku wcale lepszy od Dymka nie był.
 - Andrzej radził sobie w Widzewie czy KSZO. Wiedziałem, że może sobie poradzić w Pogoni. Szybko związał się z naszym miastem - poznał dziewczynę, wkrótce się żeni... To może być nasz gracz na kilka sezonów. Teraz ktoś mówi, że często ma kontuzje, i to moja wina. Dlaczego w takim razie klub nie przeprowadził testów medycznych? Jest lepszy od Dymka, ma większą charyzmę, potrafi krzyknąć, podpowiedzieć. Pod nim i pod innymi transferami podpisałem się i nie unikam odpowiedzialności.
Zawadzki - Świniarek, Wólkiewicz - Chifon lub Parzy. Kolejne pary, gdzie można było zaryzykować i postawić na naszego, młodego, zamiast szukać dużo starszego.
 - Na pewno nie zabrakło mi odwagi w stawianiu na młodych. Wólkiewicz u mnie debiutował w IV lidze. W II lidze skorzystałem z niego tylko raz, w spotkaniu z GKS-em Tychy, gdyż latem złapał kontuzję kręgosłupa. Doszedł do siebie, był objawieniem i też określam go brylantem. Podobnie z Tomkiem Rydzakiem. U mnie grał sporo, później stracił miejsce, ale wiem, że on ma takie papiery, jakich nie ma wielu innych graczy, tylko musi się przestawić. Kuba grał u mnie dobrze, ale szukałem kogoś z większą przebojowością w ofensywie i pewniejszego w obronie. Franciszek Smuda zaproponował Szyszkę i nie zawiodłem się, choć teraz już go nie ma w składzie Pogoni. Z Kubą jest też pewien problem zdrowotny, który też hamuje jego rozwój. Chciałem jeszcze o jednym powiedzieć - ekipa juniorów, która zdobyła brązowy medal miała pozostać w Pogoni i być bezpośrednim zapleczem pierwszego składu. Po zakończeniu rozmów z Drzymałą raptem ten temat upadł, ale nie ja zadecydowałem, że chłopców się wypożyczy. Dziwię się, że takie decyzje podjęto.
Zarzucano panu, że nie sprawdził pan juniorów młodszych z Salosu, którzy też hurtem później trafili do Ruchu Chorzów.
 - Kompletne nieporozumienie, bo rozmawiałem z rodzicami Flisa i Szuberta. Przekonywałem do Pogoni, oferowaliśmy podobne pieniądze jak Ruch. Nie wyszło, bo Ruch to ekstraklasa, a tamtejszy trener Boguś Pietrzak dobrze zna szczecińskich trenerów drużyn młodzieżowych. Były jakieś obietnice ewentualnych występów w ekstraklasie, a skończyło się na sporadycznej grze w Młodej Ekstraklasie. Chłopcy stracili tam rok, kolejni chcą popełniać ten sam błąd. Szkoda, bo tych najzdolniejszych chciałem zatrzymać w Pogoni, a teraz ktoś mi zarzuca, że nie chciałem postawić na młodych. Młodzi mieli uczyć się przy pierwszym zespole i na pewno paru by się przebiło do składu.
W Pogoni pozostała stara gwardia. I szybko pojawiły się informacje, że doszło między nimi a panem do konfliktu. Po odejściu Mariusza Kurasa drużyna raptem zaczęła grać, czyli coś jest na rzeczy?
 - Powiem inaczej. Trener jest po to, by podejmować niepopularne decyzje. Parę podjąłem i ich nie żałuję. Ale jeśli jest w tych informacjach ziarenko prawdy, to... wczoraj był Kuras, dziś jest ktoś inny, jutro następny, a piłkarze wciąż ci sami. To nie jest normalna sytuacja. Chciałem w Pogoni pracować z zawodowcami. Jeśli ktoś grał przeciwko Kurasowi - grał przeciwko klubowi. Nie chcę odnosić się do plotek. Nie mam zamiaru panom płakać na koszulę. Chcę i chciałem pracować z piłkarzami, którym jak się powie, że idziemy w prawo, to idą. Przyznaję, że czasami miałem jednak wrażenie, że niektórzy szli w prawo, ale pod nosem zastanawiali się nad celowością tego kierunku.
Przecież dobrze pan zna piłkę. Mógł się pan spodziewać, że po takiej "wojence" i słabszych wynikach to pan straci posadę, a nie kilku piłkarzy. Nie miał pan odpowiedniego wsparcia działaczy?
 - Pierwszy zgrzyt to był wywiad Marka Walburga dla "Gazety", że niby darzę go antypatią. Tak nie było, Marek sam się skasował w Pogoni. Wiosną grał sporo, choć słyszałem, by na niego nie stawiać. Latem postanowiłem zakończyć współpracę. Może i Marek liczył, że po koleżeńskiej znajomości pozostanie. Ale tak nie mogłem zrobić. Zostałem trenerem, patrzę na piłkę z drugiej strony i trzeba było podjąć decyzję o rozstaniu. Cały czas miałem jednak nadzieję, że przez moje decyzje zespół nie odwrócił się ode mnie. Dziś mi się wydaje, że nawet za bardzo zaangażowałem się w życie klubu. Po to są działacze, by wykonywać pewne czynności, a nie czekać na trenera. Ale Pogoń to dla mnie coś więcej niż klub i chciałem, by tu wszystko funkcjonowało profesjonalnie. Mnie porażki bolały bardziej niż kogoś innego. Parę szczegółów mnie denerwowało i to mówiłem. Może zbyt nerwowo reagowałem i stąd późniejszy brak wsparcia. Gdybym miał takie poparcie, o jakim mnie wcześniej zapewniano, to dziś nadal byłbym trenerem. Nie tylko wyniki decydują o zwolnieniu. Słyszałem, że nastąpiło zmęczenie materiału. Na pewno nie mojego, może prezesów. Zresztą jeden z szefów klubu bardzo często rozmawiał z zawodnikami, kolegował się z wieloma i pewnie też mógł wyczuć, co się dzieje złego w drużynie. Mógł zareagować, pogrozić. Czemu tego nie zrobił?
Czy letnie zamieszanie wokół tematu Drzymały uwidoczniło duży rozłam wewnątrz klubu, czy nastąpiło pogłębienie podziałów, czy to miało wpływ na transfery, przygotowania, grę w lidze?
 - Transfery zrobiłem ja, bo osoby odpowiedzialne za to tego się nie podjęły. Do innych spraw podchodzę w ten sposób, że po to jest podział na różne funkcje w klubie, by każdy miał swoje zadania. Tarcia były, są i będą. Nie jestem człowiekiem, który wchodzi w otwarte konflikty. W klubach, w których pracowałem, zawsze wprowadzałem dobrą atmosferę, nie paliłem mostów. W Pogoni było podobnie. A przecież mogłem odstrzelić paru graczy z nazwiskiem, co pewnie skończyłoby się tym, że ktoś nazwałby mnie idiotą i samobójcą. Odczułem, że między mną a częścią zawodników była zła chemia.
Pana kolega z boiska Robert Dymkowski jakoś niespecjalnie pana bronił przed zdymisjonowaniem.
 - Nie wiem jak to było, ale wydaje mi się, że między nami nie było żadnych konfliktów. Ostatnio spotkaliśmy się w sklepie i życzyliśmy sobie zdrowych świąt.
Czy przed meczem z Elaną czuł pan, że klub szuka nowego trenera?
 - Nie wiem, kiedy zadzwoniono do Piotrka Mandrysza, do którego - zaznaczam - nie mam żadnych pretensji, że przyjął ofertę z Pogoni. Pracuję w tym samym zawodzie, też byłem w podobnych sytuacjach. Na drugi dzień po meczu z Elaną w szatni było głośno, ale otwarcie. Wiele rzeczy sobie wyjaśniliśmy, lecz dzień później straciłem posadę. Zabrakło mi szczerej rozmowy, poinformowania zawodników o tym fakcie w mojej obecności w szatni. Sam pożegnałem się z drużyną. Pozostaję jednak związany z Pogonią kontraktem do czerwca 2009 r., tylko szkoda, że ostatnie pieniądze odebrałem w październiku. Dano mi co prawda trzymiesięczne wypowiedzenie, ale jego nie przyjąłem. Parę razy zadzwoniłem z pytaniem o zaległe pieniądze, nic ciekawego nie usłyszałem i teraz nie mam kontaktu. Sprawa pewnie skończy się w sądzie.
Pana plany zawodowe?
 - Na drugi dzień po zwolnieniu już miałem telefony, odpowiadałem, że na razie mam umowę z Pogonią. Chcę wrócić do zawodu, ale nie dzwonię po klubach i nie szukam pracy. Nie łudzę się, że zaraz się rozdzwonią, nic na siłę. Życie chcę ułożyć w Szczecinie, mam plany i jeśli nie w piłce, to obok. Lubię trenerkę, chciałbym popracować w ekstraklasie lub w klubie I ligi z ambicjami.
Pogoń za dwa-trzy lata?
 - Trenerem Pogoni już raczej nie będę. To najważniejszy dla mnie klub, wiele mu zawdzięczam, ale przypomnę, co mówiłem rok temu - jeśli ktoś ma coś do stracenia w Pogoni, to ja! I tak się stało. Na razie nie widzę możliwości, by znów wrócić tu na trenerską ławkę. Na szczęście są sympatycy Pogoni, którzy nadal darzą mnie szacunkiem, dobrze oceniają moją karierę trenerską - pierwszy okres z wicemistrzostwem i spokojnym utrzymaniem za Bekdasa, później roczny epizod z brazylijską Pogonią. Tegoroczna przygoda zakończyła się zbyt wcześnie. Żałuję i tak sobie myślę, że nie jestem przyspawany do ławki Pogoni. Liczyłem na kilka lat pracy trenerskiej, a później przejście do gabinetów, ale nie na zasadzie "nic nierobienia i palenia głupa", ale do konkretnej działki i zadań. Służyłbym pomocą pierwszemu trenerowi i młodszym kolegom. Ze Szczecina się nie wyprowadzam. Czuję się tu dobrze, tylko trzeba poukładać swoje życie i spokojnie poczekać na dobrą ofertę pracy.

Rozmawiał: Tomasz Maciejewski, Jakub Lisowski
Źródło: gazeta.pl
Data: piątek, 12 grudnia 2008 r.
Dodał: Plum

  (p) 2000 - 2019   Gryf
© Pogoń On-Line
  Gryfdesign by: ruben 5px redakcja | współpraca | ochrona prywatności