www.pogononline.pl www.pogononline.pl
top_3
top_2
 
Gryf
Wywiady
Dariusz Adamczuk: Pogoń Nowa to nie tylko Matlak i Adamczuk
Odkąd Pogoń Nowa zgłosiła swój zespół do rozgrywek seniorskich, nie ma właściwie dnia, by nie załatwiał czegoś dla klubu, którego stał się – wraz z Grzegorzem Matlakiem – wizytówką.
Twierdzi, że aby zostać piłkarzem potrzeba trochę szczęścia. Dariusz Adamczuk opowiada także dlaczego dopiero teraz tak naprawdę żałuje swojej absencji w finale Hiszpania – Polska i kto był jego pierwszym piłkarskim idolem.
Ze srebrnym medalistą z Barcelony, piłkarzem Dariuszem Adamczukiem, rozmawiali: Ewelina Kolanowska i Marek Kachnowicz z serwisu infoludek.pl.
Kim chciałeś być, gdy byłeś małym chłopcem?
- Piłkarzem. Zawsze piłkarzem.
Jesteś wychowankiem Pogoni. Podobno trafiłeś do tego klubu, bo jeden z trenerów zauważył Cię na turnieju drużyn podwórkowych?
- Tym trenerem był sam Florian Krygier… Rzeczywiście trafiłem wtedy do Pogoni, ale najmłodszym rocznikiem był rocznik ’67, ja zaś urodziłem się w 1969. Po dwóch, trzech treningach zrezygnowałem, bo po prostu nie dawałem rady. Udało mi się zostać w Pogoni za drugim podejściem. Byłem wtedy w czwartej klasie podstawówki, a moim nauczycielem WF-u był trener Biela. To on zaprosił mnie na treningi do klubu. Przyszedłem i już zostałem.
Jakim drużynom kibicowałeś wtedy, a jakim kibicujesz teraz?
- Kiedyś tylko Pogoni, teraz też Pogoni Nowej (śmiech). Lubię oglądać angielski futbol, nie mam ulubionej drużyny, za to moi synowie wprowadzili w domu podział: starszy kibicuje Chelsea, młodszy – Barcelonie.
Grałeś najczęściej jako prawy pomocnik lub prawy obrońca. Czy tak było od początku Twojej kariery z piłką?
- Zaczynałem jako stoper, w juniorach przesunięto mnie na prawą obronę i tak już zostało. Co prawda grałem kilka spotkań z przodu ze względu na moją szybkość, ale jakoś zawsze wolałem grę na skrzydle. Teraz historia zatoczyła koło, bo w Pogoni Nowej znów jestem stoperem.
Wróćmy teraz na chwilę do chyba najprzyjemniejszych chwil w Twojej karierze. Jakie czynniki zadecydowały o zdobyciu przez Was srebrnego medalu w Barcelonie?
- Trenerowi Wójcikowi udało się stworzyć bardzo „charakterną” drużynę. Miał na to trzy lata i dobrze je wykorzystał. Stworzono nam znakomite warunki, jeździliśmy na zgrupowania, mieliśmy odpowiedni sprzęt – zrobiono wszystko, aby odpowiednio przygotować się do igrzysk. Olimpiada to turniej – nam udało się go dobrze zacząć, a potem było jeszcze lepiej, bo dotarliśmy aż do finału. Sam mecz finałowy był jednym z najlepszych, jakie rozegrano na igrzyskach. Oczywiście sprzyjało nam też trochę szczęście. Przecież zapewniliśmy sobie awans do igrzysk dopiero po moim golu w 88 minucie, w meczu przeciwko Anglikom.
Jaka panowała atmosfera w zespole? Czy trener Janusz Wójcik był rzeczywiście tak świetnym motywatorem.
- Mieliśmy po 20-22 lata i trener Wójcik był wtedy dla nas autorytetem. Wszyscy graliśmy w polskich klubach, więc mieliśmy świadomość, że dobry występ w igrzyskach może być przepustką do dobrych, zachodnich klubów. Przed meczem półfinałowym z Australią trener Wójcik mówił nam, że cała Polska patrzy na nas i nie możemy zawieść kibiców. Ta drużyna funkcjonowała na zasadzie: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Na pewno nie wszyscy zawodnicy dysponowali jakimiś ogromnymi umiejętnościami, ale tak jak powiedziałem wcześniej – byliśmy “charakterni” i dzięki temu osiągnęliśmy sukces.
Ty byłeś chyba największym pechowcem w tamtej drużynie. Zagrałeś we wszystkich meczach, ale z powodu żółtych kartek nie mogłeś wystąpić w finale…
- Faktycznie, zabrakło tej kropki nad „i”, czyli występu w meczu finałowym. Wtedy jednak tak mocno tego nie przeżywałem, bo przed samymi igrzyskami urodziło mi się dziecko i to ono było najważniejsze. Pamiętam, że cały czas telefonowałem do żony.
Natomiast niedawno oglądałem ten mecz i muszę powiedzieć, że wyraźnie brakowało tej mojej, prawej strony… Dopiero teraz tak bardzo żałuję, że nie mogłem zagrać w tym spotkaniu, że straciłem szansę wystąpienia w finale tak ważnej imprezy. Nie zgadzam się jednak z twierdzeniem, że nie zagrałem przez własną głupotę, bo nie musiałem robić wślizgu w końcówce meczu z Australią, wygranym przez nas 3:1. Kto wie, może gdyby nie ten wślizg, to w ogóle nie zagralibyśmy w finale.
Który zawodnik z tamtej drużyny zrobił Twoim zdaniem największą karierę?
- Trudno podać jedno nazwisko. Na pewno karierę zrobili Tomek Wałdoch, Andrzej Juskowiak, Marek Koźmiński i Piotrek Świerczewski. Ja również grałem przecież w dosyć dobrych klubach. Żadnemu z nas nie udało się jednak zrobić kariery na miarę Kiko czy Guardioli, ale oni grali w lidze hiszpańskiej i dlatego mieli ułatwione zadanie. Siła naszej drużyny tkwiła w grze zespołowej. Może dlatego dużo trudniej było nam zaistnieć indywidualnie? Śmiem jednak twierdzić, że gdyby siedmiu, ośmiu z nas grało później razem w reprezentacji, to osiągnęłaby ona lepsze wyniki.
Utrzymujesz kontakt z zawodnikami ze “srebrnej drużyny”?- Oczywiście. Ponad rok temu, na pożegnanie Mariusza Kurasa, przyjechało siedmiu zawodników z tamtego zespołu. Większość z nas jeszcze gdzieś gra, ale myślę, że jak już wszyscy skończymy kariery, to nasze kontakty będą bardziej regularne. Teraz wysyłamy sobie sms-y na święta, od czasu do czasu telefonujemy i z rzadka spotykamy się przy okazji różnych jubileuszy.
Wystąpiłeś jedenastokrotnie w reprezentacji Polski. Strzeliłeś bramkę Anglikom w zremisowanym meczu eliminacyjnym do MŚ. Jakie to uczucie pokonać bramkarza dumnej Anglii ?
- To było super uczucie, wielkie przeżycie, bo strzelenie gola Anglii to jednak nie to samo, co Litwie czy Luksemburgowi. Na Stadionie Śląskim było wtedy 65 tysięcy kibiców, więc naprawdę jest to uczucie nie do opisania. Zresztą już jak jechaliśmy na ten pojedynek, to wszędzie widzieliśmy biało – czerwone flagi. Cieszę się po prostu, że udało mi się wtedy strzelić tego gola.
No właśnie, jak to w końcu było z tą bramką? Sporo osób zastanawiało się wtedy czy to był mierzony strzał, czy piłka ci po prostu „zeszła”?
- To był przypadek, poszedłem za piłką. O ile dobrze pamiętam, to nawet nie była jakaś składna akcja, tylko przypadkowe dośrodkowanie. Ja ze swoją szybkością dogoniłem piłkę, potem wsadziłem nogę, tam gdzie trzeba i piłka wpadła do bramki. Nawet nie patrzyłem, gdzie jest bramkarz. Ale tak to już jest – ładne bramki są zazwyczaj dziełem przypadku, więc często nie daję wiary piłkarzom, którzy mówią po meczu, że po ich strzale piłka wylądowała dokładnie tam gdzie mierzyli. A po tamtym golu – niczym Marek Leśniak – pobiegłem w kierunku kibiców, by podzielić się z nimi swą radością.
Jakie względy zadecydowały o tym, że narodził się pomysł stworzenia Pogoni Nowej?
- Przede wszystkim chcę zaznaczyć, że Pogoń Nowa powstała wcześniej niż Pogoń pana Antoniego Ptaka, która powstała w wyniku fuzji z Piotrcovią Piotrków Trybunalski w maju 2003 roku. Pogoń Nowa powstała w marcu tego samego roku i prowadziła wyłącznie drużyny młodzieżowe. Nie miała zespołu seniorów, który dopiero w tym sezonie został zgłoszony do rozgrywek.
Dlaczego powstała Pogoń Nowa?
- To był odzew na to, co się działo i co w dalszym ciągu dzieje się w pierwszoligowej Pogoni. Tylko nieliczni wychowankowie dostają szansę występów w morskim klubie. Nam chodzi również o chłopaków z regionu – oni nie mają żadnej motywacji do gry, bo wiedzą, że i tak nie mają większych szans na to, by trafić do drużyny prowadzonej przez pana Antoniego Ptaka.
Widać, że Twoje doświadczenia zdobyte na Zachodzie procentują, bo Pogoń Nowa ma znakomity marketing…
- Nie po to grałem dwadzieścia lat w piłkę (z których dziesięć spędziłem za granicą) żeby teraz nie wykorzystać zdobytego doświadczenia. Pamiętać trzeba jednak, że ten klub to nie tylko Matlak i Adamczuk. Pracuje z nami spory sztab ludzi, a my z Grześkiem tylko dokładamy swoje cegiełki do ich pracy.
Jakie cele stawiacie przed Pogonią Nową? Przed rozpoczęciem sezonu była mowa o awansie do drugiej ligi w ciągu siedmiu lat. Podtrzymujecie tę deklarację?
- Podtrzymujemy, chociaż na pewno nie będzie to łatwe. Do piątej ligi nie powinno być problemów, potem mogą zacząć się schody. Przez trzy najbliższe lata może się w Szczecinie sporo wyjaśnić… Jeżeli na normalnych warunkach zacznie funkcjonować pierwszoligowa Pogoń, to nie widzę potrzeby, żebyśmy jako Pogoń Nowa pchali się na siłę do Ekstraklasy. Możemy wtedy poprzestać na trzeciej lidze i być zapleczem dla chłopców niełapiących się do pierwszej ligi. Na razie nie ma jednak, co gdybać, zwłaszcza, że nie wiemy czy za miesiąc pan Ptak będzie sponsorem morskiego klubu czy nie…
Co myślisz o polityce transferowej prowadzonej przez Antoniego Ptaka? Czy następny zaciąg Brazylijczyków to dobry pomysł?
- To kolejne, wielkie nieporozumienie. Nawet gdyby byli to dobrzy zawodnicy – w co osobiście nie wierzę – to nie może być tak, że drużyna przygotowuje się na drugim końcu świata, że nie wiemy z kim tak naprawdę gra sparingi, że dochodzą do nas tylko strzępki informacji. Teraz znamy tylko suchy wynik i nic ponadto. Zespół – oprócz obozów – powinien przygotowywać się do sezonu w taki sposób, by mogli śledzić jego poczynania zarówno kibice, jak i dziennikarze. Nikt nie wie, jakie plany ma Antoni Ptak, co sprawia, że traci na tym cały Szczecin, a zwłaszcza młodzi piłkarze z Arkonii, Stali, SALOS-u i całego regionu.
Uważasz, że Pogoń utrzyma się w tym sezonie w Ekstraklasie?
- Żeby utrzymać się w lidze trzeba będzie wygrać siedem meczów. Nie jestem pewien czy to się uda… Pamiętać trzeba, że runda rewanżowa jest zawsze trudniejsza.
Nie ciągnie Cię do tego by zostać trenerem?
- Nie, nigdy mnie to nie interesowało. Co prawda pomagam w trenowaniu młodych chłopców w SALOS-ie, ale tak naprawdę jestem tam bardziej menadżerem, organizatorem.
Co sądzisz o młodych talentach w Polsce? Czy to jest tak, że młodzi zawodnicy w pewnym momencie po prostu nie potrafią sobie poradzić z własnymi słabościami i rozmieniają swój talent na drobne? Czy chodzi raczej o inne względy, takie jak brak odpowiedniej infrastruktury i kadry szkoleniowej?
- Na szczęście teraz coraz więcej młodych chłopców wyjeżdża, bo przepaść między nami a Zachodem jest wciąż ogromna. Nie ma u nas bazy treningowej, odpowiednich sztabów szkoleniowych. Tam w grupach młodzieżowych jest po trzech, czterech trenerów, z których każdy jest odpowiedzialny za swoją „działkę”. Nie mówię już o tym, że są za swoją pracę godziwie opłacani, a u nas pracują za grosze. Młodzi chłopcy w Polsce często się zniechęcają, bo staje się dla nich jasne, że nie mogą postawić tylko na piłkę. Wiadomo, że ważny jest też charakter – jak ktoś wybiera dyskotekę zamiast treningu, to piłkarza z niego nie będzie. Teraz na młodego zawodnika czai się więcej pokus niż kiedyś.
Kiedy myślisz Szczecin to…
- Tutaj urodziłem się ja, mój pierwszy syn, tu wybudowałem dom i zawsze wiedziałem, że wrócę po skończeniu kariery. Co prawda przez chwilę myślałem, że zostanę w Szkocji na stałe, ale wróciłem ze względu na pogodę(śmiech). W Szkocji wiodłem spokojne życie, tutaj wszystko jest bardziej zwariowane.
Kilku twoich kolegów zaistniało w lokalnej polityce. Nie kusi Cię, aby spróbować swych sił i w tej dziedzinie?
- Nie ukrywam, że miałem kilka propozycji przed wyborami. Ale wiem, co się dzieje w Polsce, wiem, co się dzieje na świecie... Politykę zostawiam politykom.
Czego brakuje Ci w Szczecinie?
- Odpowiem jako sportowiec. Brakuje mi boisk ze sztuczną nawierzchnią, których coraz więcej w naszym regionie (chociażby w Rewalu czy Niechorzu), a w Szczecinie ciągle ich nie ma. Nie ma odpowiedniej bazy treningowej, stadionu z prawdziwego zdarzenia. Wierzę, że nowi włodarze miasta postarają się naprawić zaniechania swoich poprzedników. Gorzej już chyba być nie może.
Odczuwasz popularność swojej osoby w naszym mieście?
- Ludzie dość często się za mną oglądają, ale do tego jestem już od jakiegoś czasu przyzwyczajony. Jestem rozpoznawany, bo przecież długo grałem na wysokim poziomie. Plakaty świąteczne i moje zaangażowanie w Pogoń Nową trochę mnie „przypomniały”, bo po zakończeniu kariery przez trzy lata panowała cisza wokół mojej osoby.
Czy masz jakiegoś przyjaciela z boiska?
- W każdej z drużyn, w których grałem miałem zawsze dwie, trzy osoby, z którymi się przyjaźniłem. Generalnie nie jestem osobą konfliktową, byłem raczej lubiany. Teraz najbliższa przyjaźń łączy mnie z Grześkiem Matlakiem, ale akurat z nim w piłkę wcześniej nie grałem. Na pewno swoimi przyjaciółmi mogę nazwać Dariusza Dalkego (byłego masażystę Pogoni- przyp. aut.), Sławka Rafałowicza, Stefana Klosa. Dobre stosunki – tak jak już wcześniej mówiłem – łączą mnie również z chłopakami z reprezentacji olimpijskiej, zwłaszcza z Piotrkiem Świerczewskim, Markiem Koźmińskim i Andrzejem Juskowiakakiem.
Miałeś jakiegoś piłkarskiego idola?
- Jak byłem mały podziwiałem Lubańskiego. I tak mi zostało. Kiedyś nie było takiego dostępu do koszulek jak teraz, więc na plecach farbą wymalowałem sobie dziesiątkę. Dzisiaj już nie mam takiego idola.
Kto był najlepszym zawodnikiem, przeciw któremu miałeś okazję zagrać?
- W meczach eliminacyjnych do MŚ mieliśmy w grupie Holandię. W tamtej reprezentacji grał Marco van Basten i to on był zdecydowanie najlepszym zawodnikiem, przeciw któremu miałem okazję zagrać.
Grywasz w tenisa. Jakie inne sporty jeszcze uprawiasz i lubisz oglądać?
- Gram również w siatkówkę plażową, a od niedawna jeżdżę też na nartach. Wcześniej nie mogłem, ze względu na kontrakty. Pamiętam swoją pierwszą próbę z nartami. Stanąłem na szczycie Czarnej, przeżegnałem się, ściągnąłem narty i zszedłem bokiem (śmiech). Teraz zaś nie mam żadnych problemów, szybko się uczę po prostu.
W Szkocji niemal mieszkałem na polu golfowym, ale ten sport nigdy mnie jakoś specjalnie nie pociągał. W telewizji lubię oglądać siatkówkę i kiedy nasza drużyna grała na MŚ to wstawałem o siódmej, żeby zobaczyć ich występy. Teraz oglądam piłkę ręczną (w czasie wywiadu odbywały się MŚ w tej dyscyplinie- przyp. aut.), a jeszcze niedawno pasjonowałem się Mistrzostwami Anglii w snookerze.

Synowie idą w Twoje ślady?
- Na pewno na siłę nie będę chciał zrobić z nich piłkarzy. Jeżeli wybiorą inną drogę, to zaakceptuję ten fakt. Na razie obydwaj trenują, co bardzo mnie cieszy, bo przynajmniej nie siedzą przed telewizorem czy konsolą do gier, tylko aktywnie spędzają swój wolny czas. Starszy ma już piętnaście lat, ale trenuje od niedawna. W Szkocji w ogóle nie ciągnęło go do biegania za piłką, gdyż wolał pływanie. Młodszy ma za to wielkie serce do futbolu. Jest bardzo utalentowany, więc miejmy nadzieję, że ominą go różne pokusy i zostanie nowym Messim (śmiech).
Który z wielu zwiedzanych przez Ciebie krajów zapadł Ci najbardziej w pamięci?
- Szkocja, w której spędziłem siedem lat. To kraj bardzo przyjaznych ludzi. Ja i moja rodzina do tej pory utrzymujemy kontakty z dawnymi sąsiadami. W tej chwili mieszka tam mnóstwo Polaków, ale w podczas mojego pobytu w tym kraju mieszkali tam tylko nasi rodacy, którzy wyemigrowali tuż po wojnie. Szkoda, bo teraz miałbym dużo więcej fanów. (śmiech).
Jakiej muzyki słucha Dariusz Adamczuk?
- Bardzo lubię piosenkę „Eye of the Tiger”, którą często puszczałem sobie przed meczem. A z zespołów najbardziej lubię Queen.
Masz jakiś ulubiony film?
- Najbardziej utkwił mi w pamięci “Braveheart” z Melem Gibsonem w roli głównej.
Czy nie męczy Cię szum medialny, jaki wytworzył się wokół Twojej osoby?
- Nie męczy, zwłaszcza, że mieszkając w Szkocji zdążyłem od niego odpocząć. Nie będę udawał, że wywiady są nieprzyjemne. Lubię rozmawiać i wiem, że media doceniają to, co robimy, dlatego dość chętnie udzielam wywiadów.
Jakie masz marzenia?
- Marzę o tym, żeby doczekać nowego stadionu, na którym Pogoń zmierzy się z jakimś czołowym europejskim klubem, może z Barceloną? Żeby miasto znowu zaczęło żyć sportem, a zwłaszcza piłką nożną. Obecnie wielu ludzi patrząc na to, co się dzieje, najzwyczajniej w świecie odwraca się od sportu. A marzenia pozasportowe? Jak już mówiłem, jeden z moich synów chce grać kiedyś w Chelsea, a drugi w Barcelonie. Ja natomiast marzę o tym, żeby zobaczyć ich obu grających przeciw sobie w tych wielkich klubach.

Rozmawiał: Ewelina Kolanowska/Marek Kachnowicz
Źródło: infoludek.pl
Data: niedziela, 4 lutego 2007 r.
Dodał: js

  (p) 2000 - 2019   Gryf
© Pogoń On-Line
  Gryfdesign by: ruben 5px redakcja | współpraca | ochrona prywatności